Widowiskowy show Madonny. Zabrakło poczucia wyjątkowości?

Chyba wszyscy zdążyli już porównać show Madonny, prezentowany podczas trasy "Sticky & Sweet Tour", do cyrku. Czy to artystka stanowiła jednak o jego sile? Wokalnie często podpierała się przecież dużo lepszymi głosowo ...

Chyba wszyscy zdążyli już porównać show Madonny, prezentowany podczas trasy "Sticky & Sweet Tour", do cyrku. Czy to artystka stanowiła jednak o jego sile? Wokalnie często podpierała się przecież dużo lepszymi głosowo chórzystkami, a najbardziej karkołomne układy pozostawiała swoim tancerzom. Mimo to na scenie nie miała konkurencji. Nie musiała wiele śpiewać i tańczyć. Wystarczyło, że była.

Przed sobotnim koncertem artystki na warszawskim Be-mowie publiczność rozgrzewał brytyjski DJ Paul Oakenfold, który zaproponował zebranym mieszankę klubowych brzmień. Występ Madonny wyglądał łudząco podobnie. Całość została utrzymana w dosyć jednostajnym, tanecznym rytmie. Między utworami prawie nie było przerw, a kiedy gwiazda potrzebowała chwilę na zmianę kreacji, na ekranach pojawiały się wizualno-muzyczne przerywniki. Wraz z ostatnimi taktami "Give It 2 Me" nastała cisza, a świecący napis "Game over" nie pozostawiał wątpliwości, że koncert się skończył. Trochę tak, jakby skończył się DJ-ski set z największymi hitami Madonny.

Z pewnością lżej na duchu zrobiło się tym, którzy obawiali się, że obrazoburcze elementy występu artystki zepsują wymowę religijnego święta. Warszawski występ był bowiem wolny od skandalizujących akcentów. Bo wyzywające ruchy sceniczne w wykonaniu Madonny z pewnością nikogo już nie szokują. Pod tym względem "najgorętszym" momentem show było wykonanie u-tworu "She's Not Me", podczas którego gwiazda zaczęła całować się ze swoimi tancerkami.

Dużo było za to haseł społecznych - za pomocą wizualizacji Madonna apelowała o ekumenizm religijny i pokój na świecie. Pytanie tylko, na ile jest to kwestia autentycznego zaangażowania, a na ile podążania za panującą ostatnio w show-biznesie modą.

Nie jest tajemnicą, że od nagrania w 2000 roku albumu "Music" Madonna zamknęła się w tanecznej stylistyce, ograniczając wycieczki w inne muzyczne rejony do minimum. Wiadomo również, że artystka niechętnie sięga po swoje wczesne nagrania, które nie koresponują z duchem jej dzisiejszych dokonań. A jeśli już sięga, to wywraca je do góry nogami. Dlatego podczas warszawskiego koncertu wysłuchaliśmy obszernych fragmentów z ostatniego albumu "Hard Candy" i tylko pojedynczych utworów z poprzednich płyt.

Konserwatywnym słuchaczom nowe, zaskakujące aranżacje nie zawsze mogły jednak przypaść do gustu. W oryginale gospelowe, podniosłe "Like a Prayer" artystka przerobiła na techno, przejmująca ballada "Frozen" sprawiała wrażenie sztucznie "poszatkowanej", a hiszpański klimat przeboju "La Isla Bonita" został zabity przez jarmarczny udział minitaboru cygańskiego. Dzięki temu koncert zyskał jednak spójną, choć nieco monotonną oprawę. Ale z pewnością idealną do tańca.

Doskonale wykorzystano także kilka wielkich ekranów, które służyły również jako elementy scenografii. W tym wyreżyserowanym spektaklu, poza zwyczajowymi "Hi, Poland" czy "Hi, Warsaw", nie było jednak miejsca na spontaniczny kontakt z publicznością. Ale do czasu. Przełomowy dla dramaturgii koncertu był moment, kiedy publiczność trzykrotnie odśpiewała Madonnie urodzinowe "Sto lat" (artystka wczoraj skończyła 51 lat), unosząc w górę wycięte z papieru białe serca. Na jednym z nich ktoś napisał "Zaadoptuj mnie".

Kiedy Madonna zauważyła wśród widowni baner z napisem "Zmieniłaś moje życie", pozwoliła sobie też na osobisty komentarz. - Za każdym razem, kiedy daję koncert i widzę wasze uśmiechy, wiem, że to wy zmieniliście moje życie. Dzięki wam mogę robić to, co kocham - powiedziała. Dodała też, że to najpiękniejszy prezent urodzinowy, jaki kiedykolwiek dostała, i wykonała akustyczną balladę "You Must Love Me" z musicalu "Evita". Na telebimie pokazano wtedy jedną z fanek z pierwszych rzędów, która zalała się łzami. To był na pewno najbardziej emocjonalny moment koncertu. Trudno byłoby to podważyć nawet osobom powtarzającym tezę o nieustannej kreacji jako racji artystycznego bytu Madonny.

Oceniając jej warszawski show, trudno uciec od porównań z niedawnym koncertem U2 w Chorzowie, choć gatunkowo to dwa zupełnie różne występy. Siłą Irlandczyków była pozamuzyczna wartość dodana, czyli relacja między artystami a publicznością. To ona dała uczestnikom koncertu poczucie wspólnoty. Madonna postawiła na show - dopracowany w każdym szczególe, ale pewnie niewiele różniący się od innych występów na jej trasie. Choć z tymi urodzinami i tak nam się trafiło.

Marcin Mindykowski

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3